sobota, 10 października, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Wieniec z internetu. Jak dożynkowa tradycja zamienia się oszustwo i w zakupy online

Dożynki mają być świętem pracy i wspólnoty – podziękowaniem za plony zebrane własnymi rękami przez cały rok. Coraz częściej jednak ten sielankowy obraz psuje jedno, niewygodne pytanie: ile z tego, co ogląda komisja konkursowa, powstało naprawdę w danym sołectwie, a ile po prostu zamówiono i opłacono? Internet pęka w szwach od ofert sprzedaży wieńców, kupiony produkt trafia potem na lokalny konkurs jako dzieło rak własnych. I tak zaczyna się niezdrowa rywalizacja o wygraną, splendor i nierzadko nagrodę. 

Wystarczy chwila w internecie, by przekonać się, że wieniec dożynkowy dziś nie trzeba już samodzielnie wykonywać – można go po prostu kupić. Na portalach ogłoszeniowych roi się od ofert w rodzaju: „Przyjmę zamówienia na wieńce dożynkowe. Wieńce są robione ze świeżych ziół i kwiatów. Cena od 450 zł”. Ceny wahają się szeroko – od skromniejszych form za 330 zł, przez klasyczne wieńce w przedziale 450–720 zł, po rozbudowane korony żniwne wyceniane nawet na 1000 zł, zwłaszcza jeśli mogą pochwalić się wcześniejszym sukcesem konkursowym. Są też pracownie działające od kilkunastu lat, które w opisie swojej oferty wprost wskazują, do kogo kierują usługę: „Nasze wieńce są wybierane przez parafie, sołectwa, koła gospodyń wiejskich i gminy z całej Polski”. Innymi słowy – rynek doskonale wie, kto jest jego klientem, i wcale się z tym nie kryje.

To postawiony wprost model biznesowy: zamiast tygodni pracy przy zbieraniu kłosów, plecionek i mocowaniu kwiatów, wystarczy telefon, przelew i odbiór gotowego produktu tuż przed konkursem.

Kiedy „zrobione przez sołectwo” staje się oszustwem

To, że ktoś w ogóle chce kupić wieniec, nie musi być złe – rzemieślnicy specjalizujący się w tej pracy istnieli od zawsze, a nie każdą wioskę stać na godziny wolontariatu członkiń koła gospodyń wiejskich. Smutne jest to, gdy zakupiony produkt staje się reprezentacją sołectwa w konkursie, którego sens polega właśnie na docenieniu wspólnej, lokalnej pracy – a nie umiejętności znalezienia dobrego wykonawcy w internecie.

Że to nie jest problem teoretyczny, pokazuje spór, jaki wybuchł kilka lat temu w gminie Wschowa. Podczas gminnych dożynek w Tylewicach zwycięski wieniec z Osowej Sieni został oskarżony przez przedstawicielkę konkurencyjnego sołectwa o naruszenie regulaminu – ozdabiające go cekiny miały być, jak to ujęła zgłaszająca zastrzeżenia mieszkanka, „produktem kupionym w sklepie, nie wytworzonym przez naturę, lecz sztucznym”, co w jej ocenie powinno skutkować natychmiastową dyskwalifikacją. Organizator konkursu bronił werdyktu komisji, tłumacząc, że wieniec spełniał regulaminowe wymogi formalne. Sama poszkodowana strona podsumowała sprawę gorzko, apelując jedynie o „rzetelne podejście do osób zaangażowanych w przygotowanie prac konkursowych” i sugerując, że regulaminy konkursowe wymagają doprecyzowania.

Ten przypadek, choć dotyczył formalnie tylko dodatków, a nie całego zakupionego wieńca, dobrze pokazuje mechanizm, który powtarza się w wielu gminach: konkursy dożynkowe teoretycznie premiują autentyczność i lokalną pracę, ale w praktyce rozstrzygają się na podstawie efektu wizualnego ocenianego przez komisję – a efekt wizualny można dziś po prostu kupić, jeśli tylko dysponuje się odpowiednim budżetem.

Splendor ważniejszy niż uczciwość?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w części gmin rywalizacja o tytuł najpiękniejszego wieńca przestała być konkursem pracy włożonej przez lokalną społeczność, a stała się raczej rywalizacją portfeli – lub przynajmniej sprytu w doborze podwykonawcy. Dla sołectwa czy koła gospodyń wiejskich zwycięstwo w takim konkursie to często realny prestiż: zdjęcia w lokalnej gazecie, pochwała ze strony władz gminy, czasem nagroda pieniężna, a w najlepszym przypadku – szansa na start w wyższych, regionalnych czy nawet prezydenckich eliminacjach. Presja, by wygrać za wszelką cenę, bywa więc realna, a granica między „zamówiliśmy profesjonalny stelaż, żeby ułatwić sobie pracę” a „kupiliśmy gotowy produkt i podpisaliśmy się pod nim jako własny” łatwo się zaciera.

Nie oznacza to, rzecz jasna, że wszystkie prezentowane na dożynkach wieńce są kupione – wciąż powstają dziesiątki autentycznych, misternie wyplatanych przez miesiące dzieł, będących efektem prawdziwie wspólnej pracy całych sołectw. Wystarczy spojrzeć na relacje z tegorocznych dożynek w wielu gminach, gdzie mieszkańcy opisują tygodnie przygotowań, lokalne receptury i emocje towarzyszące całemu procesowi. Problem w tym, że obok takich autentycznych realizacji, coraz swobodniej funkcjonuje równoległy rynek gotowych produktów – a odróżnienie jednych od drugich w trakcie samej oceny konkursowej bywa, jak pokazuje przykład ze Wschowy, praktycznie niemożliwe bez dociekliwości komisji i jasno sformułowanego regulaminu.

To nie kwestia regulaminu, tylko zwykłej uczciwości

Można oczywiście woleć myśleć o tym problemie w kategoriach niedoskonałych przepisów – że wystarczy dopisać punkt w regulaminie, wymóc dokumentację fotograficzną, i sprawa się rozwiąże. Tylko że to mylenie objawu z przyczyną. Żaden regulamin nie zmusi nikogo do uczciwości, jeśli sołectwo z góry zakłada, że najważniejszy jest efekt na scenie, a nie prawda o tym, kto i jak ten efekt osiągnął. Na Pomorzu Zachodnim w te wakacje odbyły się dziesiątki takich konkursów – od kameralnych dożynek gminnych, gdzie o tytuł najpiękniejszego wieńca rywalizowało kilka sołectw, po wielką, dwudniową imprezę wojewódzką w Przelewicach na początku września, gdzie oprócz konkursu na wieniec oceniano też „najpiękniejszą Zachodniopomorską Wieś” i „aktywne koło gospodyń wiejskich”. Skala tych wydarzeń – korowody, sceny, zaproszeni goście, lokalne media relacjonujące werdykt jury – sprawia, że stawka symboliczna rośnie wraz z rangą imprezy, a razem z nią rośnie też pokusa, by na scenie w Przelewicach czy przed komisją gminną stanąć z czymś efektowniejszym, niż realnie zdołano wykonać własnymi rękami.

I tu właśnie leży sedno sprawy: nikt nie zmusza żadnego sołectwa do zamawiania wieńca przez internet zamiast robienia go samemu. To decyzja, którą ludzie podejmują świadomie, wiedząc doskonale, że stają w szranki z sąsiadami, którzy naprawdę spędzili tygodnie przy plecionkach i suszonych kwiatach. Zgłoszenie kupionego produktu jako dzieła własnego sołectwa to nie potknięcie formalne, tylko prosta nieuczciwość wobec innych uczestników konkursu – tych, którzy zamiast telefonu do pracowni wieńców wybrali wieczory spędzone razem w świetlicy wiejskiej. To także nieuczciwość wobec samej idei dożynek, w których liczyć się miała wspólna praca, a nie zdolność do wygenerowania budżetu na profesjonalną usługę.

Popularne Artykuły