Zakończenie głosowania w Szczecińskim Budżecie Obywatelskim ponownie otwiera dyskusję o kondycji jednego z najważniejszych narzędzi partycypacji lokalnej. W oficjalnej narracji miasta i radnych dominuje przekaz o odbudowie zainteresowania mieszkańców i najwyższej frekwencji od lat. Jednak gdy zestawić tegoroczne dane z wcześniejszymi edycjami oraz przypomnieć wcześniejsze kontrowersje wokół SBO, obraz staje się znacznie mniej jednoznaczny. Coraz trudniej bowiem oddzielić realne usprawnienia systemu od działań wizerunkowych, a ideę obywatelską – od politycznego interesu. Bo choć zapowiadano zmiany, to w rzeczywistości upolitycznienie SBO wciąż jest widoczne.
W tegorocznej edycji szczecinianie wybierali spośród 114 projektów, które przeszły weryfikację i trafiły pod głosowanie. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda poprawnie: więcej projektów, dłuższy czas głosowania, ponad 30 tysięcy oddanych głosów. Jednak gdy spojrzeć głębiej, pojawiają się pytania, czy mamy do czynienia z realnym sukcesem, czy raczej z umiejętnie skonstruowaną opowieścią. Szczeciński społecznik – Stanisław Kabata ma pewne wątpliwości.
– (Nie)udana reanimacja SBO. Zakończyło się głosowanie w SBO – Szczeciński Budżet Obywatelski. Radni miejscy wraz z wiceprezydentem Łukaszem Kadłubowskim podjęli kolejną próbę naprawy SBO. Czy się udało? Moim zdaniem – tylko częściowo – czytamy na profilu facebook’owym społecznika.
Następnie publikuje on dane, które powinny każdemu dać do myślenia.
Frekwencja: wzrost czy statystyczna iluzja?
Dane z ostatnich sześciu edycji SBO pokazują wyraźny trend spadkowy, który został przełamany dopiero w 2026 roku. Ale kluczowy szczegół to czas głosowania.
- SBO 2021–2023: ok. 29 tys. głosów przy 14 dniach głosowania (ponad 2 tys. głosów dziennie)
- SBO 2024–2025: wyraźny spadek – do 18–26 tys. głosów
- SBO 2026: ok. 31 tys. głosów, ale przy 21 dniach głosowania, co daje ok. 1476 głosów dziennie
To oznacza jedno: frekwencja „urobiła się” nie dzięki wzrostowi zainteresowania, lecz dzięki wydłużeniu procesu głosowania. Trzy weekendy, więcej czasu na promocję, większa szansa na mobilizację. To była dobra decyzja – ale jednocześnie łatwy zabieg, który nie dotyka sedna problemu.
Jeśli mierzyć faktyczne zaangażowanie, średnia dzienna liczba głosujących nadal jest niższa niż kilka lat temu. Sukces frekwencyjny jest więc w dużej mierze efektem kalendarza, a nie jakości systemu. A to właśnie system wymaga modyfikacji, by nie tylko zachęcać do głosowania, ale przede wszystkim budować społeczeństwo obywatelskie i aktywne.
Problem ten nie jest nowy i pojawiał się już w poprzednich publikacjach analizujących SBO. Od kilku lat zwracano uwagę, że frekwencja spada, a budżet obywatelski traci swoją energię. Zamiast odpowiedzi systemowej, wprowadzano korekty proceduralne i komunikacyjne, które poprawiały obraz, ale nie usuwały przyczyn zniechęcenia mieszkańców. Tegoroczna edycja wpisuje się w ten schemat.
Dlaczego w oficjalnych podsumowaniach SBO i budowania poczucia euforii przez lokalnych polityków pominięto jasny komunikat o terminach głosowania? Wiele osób zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt: późna jesień i początek zimy od lat pozostają niezmiennym kalendarzem SBO, mimo że jest to okres najmniej sprzyjający działaniom oddolnym. Brak wydarzeń plenerowych, festynów i spotkań sąsiedzkich sprawia, że realna debata o projektach praktycznie nie istnieje. Wcześniejsze analizy i głosy społeczników wskazywały, że przeniesienie głosowania na miesiące wiosenne lub wczesnojesienne mogłoby radykalnie zmienić dynamikę procesu. Mimo to miasto konsekwentnie ignoruje ten postulat, co sugeruje, że ważniejsza jest wygoda administracyjna niż jakość partycypacji.
Tempo realizacji i ta odwieczna polityka
Jeszcze głębszym problemem, na który od lat zwracają uwagę aktywiści, jest realizacja projektów. Wieloletnie opóźnienia stały się znakiem rozpoznawczym SBO. Projekty, które wygrały głosowanie, trafiają w administracyjny „czyściec”, gdzie procedury, uzgodnienia i brak priorytetów skutecznie opóźniają ich wykonanie. To właśnie ten element w pewnym stopniu również niszczy zaufanie do budżetu obywatelskiego. Mieszkańcy uczą się, że ich głos nie przekłada się na szybkie i widoczne efekty, co w dłuższej perspektywie podważa sens całego procesu.
Na tym tle szczególnie problematycznie wyglądają działania promocyjne podejmowane przez polityków. Wcześniejsze edycje wielokrotnie były krytykowane za przypadki wykorzystywania SBO przez radnych i posłów angażujących się w promocję konkretnych projektów, często z wykorzystaniem własnego wizerunku, struktur partyjnych i profesjonalnych kampanii – nie dla promocji SBO jako idei, ale była to dla nich forma prowadzonej kampanii wizerunkowej samych siebie. Zaplecze i polityczne struktury sprawiały, że w praktyce prowadziło to do wypaczenia idei równości szans. Społecznicy bez zaplecza finansowego i organizacyjnego nie byli w stanie konkurować z polityczną machiną.
Po fali ubiegłorocznej krytyki, radni – głównie Koalicji Obywatelskiej, zapewniali o zmianach.
Tymczasem przykładem tegorocznej tendencji były billboardy wiceprezydenta Szczecina Łukasza Kadłubowskiego promujące Szczeciński Budżet Obywatelski. Choć deklaratywnie miały one służyć zachęcaniu mieszkańców do udziału w głosowaniu, ich lokalizacja – głównie na terenie jego własnego okręgu wyborczego – rodzi poważne wątpliwości. Nawet jeśli zostały sfinansowane z prywatnych środków, trudno pominąć fakt, że wykorzystują kontekst publicznego programu opartego na miejskich pieniądzach. To klasyczny przykład szarej strefy etycznej, o której mówiono już wcześniej przy okazji innych edycji SBO.
Klasyczny przykład „jazdy na publicznym koniu”, nawet jeśli siodło kupiono prywatnie
Historia Szczecińskiego Budżetu Obywatelskiego pokazuje, że problem nie leży w samej idei, lecz w sposobie jej realizacji. SBO coraz częściej przypomina narzędzie komunikacyjne i wizerunkowe, a coraz rzadziej przestrzeń realnego współdecydowania. Gdy do tego dodać opóźnienia w realizacji projektów i brak równych warunków dla wszystkich uczestników, trudno dziwić się rosnącej frustracji społeczników i mieszkańców.
Tegoroczna edycja nie jest więc przełomem, lecz kolejnym etapem trwania systemu, który od lat wymaga głębokiej reformy. Bez rozliczenia wcześniejszych błędów, bez jasnych zasad oddzielających politykę od obywatelskości i bez realnego przyspieszenia realizacji projektów, SBO pozostanie przede wszystkim narzędziem narracyjnym. Frekwencja może się zgadzać, statystyki mogą wyglądać dobrze, ale zaufanie – raz utracone – nie wraca wraz z kolejnym komunikatem o „sukcesie”.





