Decyzja Australii o wprowadzeniu ograniczeń dotyczących korzystania z mediów społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia odbiła się szerokim echem na całym świecie, ale dopiero zestawienie tych działań z polskimi realiami pokazuje, jak dramatycznie różne podejścia mogą mieć państwa do tej samej sprawy. Canberra poszła w stronę odpowiedzialności, jasno komunikując, że dobro dziecka stawia ponad komfort gigantów technologicznych. Polska nadal udaje, że problem jest wyłącznie kwestią wychowania i „uwagi rodzica”.
Tymczasem w technologicznej codzienności dzieci nie ma żadnego rozróżnienia między światem online a offline. Internet jest dla nich integralną częścią życia – miejscem, gdzie uczą się, odpoczywają, szukają kontaktu z rówieśnikami. Oczekiwanie, że rodzic będzie w stanie samodzielnie kontrolować ten obszar, jest zwyczajnie nierealne, a mimo to w Polsce to właśnie na rodzinę spycha się całą odpowiedzialność. W narracji publicznej wciąż powtarza się, że to „rodzic powinien pilnować”, podczas gdy państwo nie wprowadza praktycznie żadnych skutecznych mechanizmów ochronnych.
W naszym systemie prawnym platformy społecznościowe działają w zasadzie bez ograniczeń. Nie ma skutecznej weryfikacji wieku, nie ma obowiązku dostosowywania treści do najmłodszych, nie ma sankcji dla firm, które algorytmami napędzają dzieciom szkodliwe materiały. Każde dziecko w Polsce nadal może w kilka minut założyć konto na platformie, która projektuje swój system tak, aby przyciągnąć je na długie godziny. W Australii ten stan rzeczy uznano za patologię wymagającą interwencji, w Polsce wciąż udajemy, że tak działa „wolność internetu”.
Polska posiada dane, które powinny wywołać polityczny wstrząs: dzieci spędzają średnio trzy godziny dziennie w aplikacjach społecznościowych, duży odsetek doświadcza hejtu, przemocy i wykluczania cyfrowego, a ogromna liczba natrafia na treści związane z samookaleczeniem czy samobójstwem. Mimo to w przestrzeni publicznej temat ochrony najmłodszych w internecie pojawia się głównie w formie doraźnych dyskusji, a nie realnych planów legislacyjnych. Gdy Australia stawia platformy do pionu i wymaga od nich konkretnych działań, w Polsce wciąż dominuje przekonanie, że problem rozwiąże się „przez edukację”, „rozmowę z dzieckiem” i „zdrowy rozsądek”.
To zestawienie wypada dla Polski wyjątkowo niekorzystnie. Australia pokazuje, że państwo może być odważne, jeśli chodzi o ograniczanie wpływu korporacji, które żyją ze zdobywania uwagi najmłodszych. Polska zaś pozostaje krajem, w którym interesy bigtechów są de facto nietykalne, a bezpieczeństwo dzieci traktuje się bardziej jako slogan niż realne zobowiązanie. Jeśli cokolwiek ma się zmienić, najpierw musimy przestać udawać, że rodzic z telefonem w ręku ma szansę wygrać z algorytmami projektowanymi przez zespoły inżynierów i psychologów behawioralnych. Australia to zrozumiała. Polska – jeszcze nie.





