Jeszcze niedawno o meczu z Pogonią Szczecin mówiono w Ekstraklasie jak o sprawdzianie wytrzymałości – zarówno fizycznej, jak i mentalnej. „Portowcy” potrafili zamknąć rywala na jego połowie, zdominować środek pola, zadać szybki cios i nie pozwolić przeciwnikowi się podnieść. Szczecinianie w poprzednich sezonach imponowali organizacją gry, pressingiem i konsekwencją. Teraz obraz jest inny – przeciwnicy przestali się bać, a Pogoń w pierwszych czterech kolejkach nowego sezonu wygrała tylko raz.
Wyniki Pogoni w sezonie 2024/2025 po 4 kolejkach:
-
Radomiak – Pogoń 5:1 – zimny prysznic już na otwarcie.
-
Pogoń – Motor Lublin 4:1 – jedyny pewny triumf, choć nad beniaminkiem.
-
Bruk-Bet Termalica – Pogoń 1:1 – brak skuteczności i tempo gry poniżej oczekiwań.
-
Arka – Pogoń 2:1 – porażka z drużyną, która dotąd nie zachwycała.
Bilans: 4 punkty, bramki 7:9, 9. miejsce w tabeli. Nikt w Ekstraklasie nie stracił tak wielu bramek, jak Pogoń. Ani to start, o którym można marzyć, ani podstawa do mówienia o „nowej erze”.
Nowy właściciel – stary problem mentalny
Zmiana właściciela Pogoni miała być początkiem przełomu. Większe zaplecze finansowe, ambitniejsze plany transferowe, deklaracje rozwoju klubu w wymiarze sportowym i infrastrukturalnym. Kibice wyobrażali sobie, że zespół wejdzie w sezon jak burza, pokaże nową energię, a wyniki potwierdzą, że Szczecin stać na grę o najwyższe cele.
Rzeczywistość jest mniej widowiskowa. W grze Pogoni brakuje intensywności – tej samej, która jeszcze niedawno była znakiem firmowym drużyny. Zamiast szybkich odbiorów i płynnego przechodzenia z obrony do ataku, widać schematyczne, wolne budowanie akcji i spóźniony pressing. Zawodnicy częściej reagują na to, co robi przeciwnik, niż narzucają swój plan gry.
Pytanie, czy to kwestia braku zgrania po letnich zmianach kadrowych, czy głębszy problem mentalny, który wymaga zdecydowanej reakcji trenera i liderów drużyny.
Najbardziej alarmująca jest liczba straconych bramek – aż dziewięć w czterech meczach. I to nie w starciach z ligową elitą, lecz z drużynami, które same miały swoje problemy w ataku. Wysokie porażki, jak ta z Radomiakiem, zdarzają się każdemu, ale w przypadku Pogoni problemem jest powtarzalność błędów – zostawianie wolnych stref między liniami, brak asekuracji przy wrzutkach, niepewne wyprowadzanie piłki spod pressingu.
Nowy właściciel mógł liczyć na ofensywne widowiska, ale jeśli defensywa nie zostanie uszczelniona, zamiast „atrakcyjnej gry” będzie raczej festiwal nerwów w końcówkach meczów.
Incydent w Gdyni – wizerunkowa rysa
Spotkanie z Arką Gdynia zakończyło się porażką 1:2, ale największe emocje wzbudziła sytuacja z udziałem Mariana Huji. W pierwszej połowie Rumun w niecodzienny sposób potraktował Dawida Kocyłę – chwycił leżącego rywala i rzucił nim na boisko.
Kocyła w przerwie mówił wprost:
„Niefajne zachowanie. Według przepisów wchodzi w grę uraz głowy, zawodnik Pogoni podnosi mnie i mną rzuca. To karygodne zachowanie. Jeżeli mówimy o walce sportowej – nie była to walka sportowa”.
Sędzia Szymon Marciniak nie zareagował, prawdopodobnie nie widząc całego zdarzenia, ale wizerunkowa szkoda została wyrządzona. W czasach, gdy Ekstraklasa dba o sportowy fair play i budowanie pozytywnego wizerunku, takie incydenty odbijają się szerokim echem w mediach i mogą skutkować karami dyscyplinarnymi.
W poprzednich sezonach Pogoń miała postacie, które w trudnych momentach potrafiły „przytrzymać” drużynę – zarówno mentalnie, jak i czysto piłkarsko. Teraz trudno wskazać taką osobę. W meczu z Arką, gdy wynik wymagał odwrócenia, brakowało zawodnika, który wziąłby na siebie ciężar gry i poprowadził kolegów do ataku.
Nowy właściciel może inwestować w transfery, ale bez wyraźnego lidera, który będzie „twarzą” drużyny, trudno oczekiwać stabilnych wyników. Tak… jest Kamil Grosicki, ale nie zawsze jest w stanie sam pociągną mecz.
Szczecińscy kibice są cierpliwi, ale też wymagający. Po latach gry w górnej części tabeli oczekują czegoś więcej niż ligowej przeciętności. Pytanie, czy trener i zawodnicy znajdą odpowiedź na ten kryzys jeszcze w pierwszej fazie sezonu, czy też „nowa era” skończy się równie szybko, jak zaczęła – i to w aurze rozczarowania.





