Każdy, kto choć raz zwrócił uwagę właścicielowi psa biegającego luzem po lesie, parku czy plaży, zna to zdanie: „On nie gryzie, proszę się nie bać, on jest spokojny.” Słyszane w różnych tonach – od łagodnego uspokajania po agresywne odburkiwanie – stało się niemal symbolem bagatelizowania obowiązków, jakie wynikają z posiadania czworonoga. Tragiczne wydarzenia spod Zielonej Góry pokazują jednak, że nawet najbardziej „spokojny” pies może stać się zagrożeniem, jeśli zabraknie nadzoru, wyobraźni i odpowiedzialności.
W niedzielę, 12 października, w lesie niedaleko MOP-u Racula przy trasie S3 w Zielonej Górze rozegrał się dramat, który wstrząsnął opinią publiczną. 46-letni kierowca ciężarówki z Puław zatrzymał się na przepisową przerwę i – jak wielu z nas – postanowił wykorzystać ją na krótki spacer po lesie. Nie wrócił już do samochodu.
Został zaatakowany przez trzy owczarki, które wydostały się poza ogrodzenie pobliskiej strzelnicy. Psy zadały mężczyźnie ponad 50 ran szarpanych i gryzionych. Pomimo natychmiastowej pomocy i kilku operacji, po trzech dniach zmarł w szpitalu.
Jak ustalili śledczy, właściciel psów był wielokrotnie ostrzegany, że jego zwierzęta są agresywne i że już wcześniej uciekały poza teren posesji. Mimo to nie zabezpieczył odpowiednio ogrodzenia. Teraz 53-letni mężczyzna usłyszał zarzut spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu ze skutkiem śmiertelnym. Grozi mu kara od 5 lat więzienia do dożywocia.
Niewidzialny problem: ignorowane zgłoszenia i brak reakcji służb
Ten dramat obnaża również słabość systemu, który w teorii powinien chronić przed takimi tragediami. Zgłoszenia o agresywnych psach, biegających luzem zwierzętach czy źle zabezpieczonych posesjach często nie są traktowane poważnie. Straż miejska i policja nierzadko reagują dopiero wtedy, gdy coś się stanie – gdy jest już za późno.
Mieszkańcy wielu miejscowości opowiadają o podobnych sytuacjach: psy wybiegające z podwórek, atakujące spacerujących lub rowerzystów, właściciele puszczający zwierzęta „żeby się wybiegały” w lesie, na łąkach czy w parkach. Zwrócenie im uwagi kończy się zwykle agresją słowną: „To tylko pies!”, „Niech się pani nie czepia!”, „On ma prawo biegać!”. W praktyce jednak, każdy taki spacer bez smyczy to ryzyko – zarówno dla innych ludzi, jak i dla samego zwierzęcia.
Psy nie są winne – winna jest bezmyślność
W emocjonalnych dyskusjach po tragediach takich jak ta spod Zielonej Góry często pojawia się pytanie: „Czy to psy są winne?”. Odpowiedź jest oczywista – nie. Psy kierują się instynktem. To człowiek odpowiada za ich wychowanie, bezpieczeństwo i zachowanie wobec innych.
Owczarki, które zagryzły mężczyznę, nie urodziły się agresywne. Według prokuratury były utrzymywane w niewłaściwych warunkach, a właściciel nie zapewnił im odpowiedniego nadzoru. Biegli mają ustalić, czy zwierzęta były szkolone, w jakim były stanie psychicznym i fizycznym.
Ta sprawa to nie wyjątek. Każdego roku w Polsce notuje się setki pogryzień – zarówno przez psy ras uznawanych za niegroźne, jak i przez te większe, obdarzone siłą i temperamentem wymagającym doświadczenia właściciela.
Najczęściej psy bez smyczy i kagańców można spotkać w lasach. Właściciele tłumaczą, że „chcą dać im się wybiegać”, że „tu przecież nikomu nie przeszkadzają”. Tyle że las nie jest prywatnym terenem spacerowym, lecz przestrzenią publiczną, w której obowiązują konkretne przepisy. Wielu opiekunów czworonogów ignoruje ten fakt, nie zdając sobie sprawy, że puszczanie psów luzem w lesie to wykroczenie.
Zgodnie z przepisami, spuszczanie psa bez smyczy w lesie jest zabronione i stanowi wykroczenie, którego celem jest ochrona dzikich zwierząt oraz przyrody. Takie przepisy mają chronić zwierzęta leśne przed płoszeniem, ściganiem czy ranieniem przez psy. Dodatkowo ma zapobiegać sytuacjom, w których wypłoszone zwierzęta wybiegają na drogi, powodując niebezpieczne kolizje z pojazdami.
Za złamanie tego zakazu grozi kara grzywny od 20 do nawet 5000 zł lub nagana. W praktyce straż leśna lub straż parku może nałożyć mandat do 500 zł, a w poważniejszych przypadkach skierować sprawę do sądu. Przepisy nie są więc symboliczne – są jasnym sygnałem, że pies, nawet najbardziej przyjazny i „spokojny”, musi być w lesie pod kontrolą właściciela. To nie tylko wymóg prawa, ale i kwestia odpowiedzialności wobec przyrody i innych ludzi.





