wtorek, 19 maja, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

„Myślałem, że mam wszystko pod kontrolą”. Spowiedź artysty, który zabijając człowieka na drodze, spadł ze szczytu

To historia, która zaczyna się jak wiele innych – od talentu, pasji i drogi z małego miasta na największe sceny świata. A kończy w miejscu, którego nikt nie planuje – w więziennej celi, z wyrokiem i świadomością, że jedna decyzja odebrała komuś życie. Dorian Kamil Tomasiak, znany jako Tom Swoon – DJ z Goleniowa, który był jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej sceny elektronicznej – po latach wraca, by opowiedzieć o swoim upadku. O świecie, który wymknął się spod kontroli, o błędach, które kosztowały życie drugiego człowieka i o konsekwencjach, które nie kończą się wraz z wyrokiem. Tę surową, osobistą rozmowę można obejrzeć na YouTube, na kanale ŻycioRysy.

 

To nie jest historia o blasku reflektorów. Nie ma tu opowieści o sukcesie, który przyszedł łatwo i trwał wiecznie. To zapis upadku – powolnego, ignorowanego, aż w końcu brutalnego. Momentu, w którym człowiek budzi się i uświadamia sobie, że przekroczył granicę, zza której nie ma już powrotu do dawnego życia.

5 grudnia 2017 roku nad ranem, na trasie S3 w rejonie Klinisk Wielkich ceniony w całej Europie DJ prowadził samochód, pod wpływem alkoholu (około 2 promile) i z bardzo dużą prędkością uderzył w tył innego auta.

W wyniku wypadku zginął człowiek.

– Nie pamiętam całego zajścia, chwili wypadku, ani nawet tego, że wsiadałem tej nocy do samochodu. Pierwsza rzecz, którą kojarzę, to kiedy już miałem kajdanki na rękach i czyjś głos mówiący mi: coś ty narobił, człowieka zabiłeś. Chciałem po prostu z całego serca panią przeprosić – powiedział podczas rozprawy Dorian T.

Sąd skazał go początkowo na 4 lata i 8 miesięcy więzienia, a także wydał dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów oraz obowiązek zapłaty ok. 280 tys. zł rodzinie ofiary.  Po apelacji kara została zaostrzona – do ponad 5 lat więzienia (5 lat i 8 miesięcy) i wyrok stał się prawomocny. Sprawa natychmiast zakończyła jego karierę – wytwórnie zerwały współpracę, a on sam ogłosił koniec działalności muzycznej.

Podczas procesu przyznał się do winy i mówił m.in., że świadomość odebrania komuś życia jest „największą karą”, jaka go spotkała.

Teraz rozmowę z Dorianem i upadku można obejrzeć na YouTube, na kanale ŻycioRysy.

„Kontrola to była tylko iluzja”

Na początku nic nie zapowiadało tragedii. Wręcz przeciwnie – był rozwój, rozpoznawalność, pieniądze i środowisko, które sprzyjało szybkiemu tempu życia.

– Zaczyna się niewinnie. Myślisz, że panujesz nad wszystkim. Nad tym, ile wypijesz, co weźmiesz, jak daleko się posuniesz. I właśnie wtedy jesteś najbliżej momentu, w którym tracisz kontrolę – mówi.

Droga z małego miasta na sceny w całej Polsce była dla niego spełnieniem marzeń. Ale za sukcesem szła presja – oczekiwań, bycia „kimś”, ciągłej obecności.

– Nie byłem na to gotowy. Byłem zamknięty w sobie, a nagle znalazłem się w świecie, który wymagał ciągłego bycia na świeczniku. Używki były najprostszym sposobem, żeby to zagłuszyć – przyznaje.

Najważniejsze zdanie, które wraca w tej rozmowie, brzmi: to proces. Nie jeden błąd, ale cała seria decyzji, które z perspektywy czasu układają się w jeden, nieunikniony ciąg.

– Były momenty, w których można było się zatrzymać. Tylko ja ich nie widziałem albo nie chciałem widzieć – mówi.

Środowisko, w którym funkcjonował, nie sprzyjało refleksji. Wręcz przeciwnie – wzmacniało przekonanie, że wszystko jest pod kontrolą.

– W branży impreza to codzienność. A problem zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz widzieć granicę między pracą a destrukcją – dodaje.

„Jedna chwila i wszystko się kończy”

Kulminacyjny moment tej historii jest krótki – niemal niezauważalny w czasie. Ale jego konsekwencje są nieodwracalne.

– To nie jest coś, co trwa długo. To sekunda. I nagle wiesz, że zrobiłeś coś, czego nie da się cofnąć – mówi.

Najtrudniejsze w tej opowieści jest to, że nie ma tu miejsca na usprawiedliwienia.

– Nie ma żadnych wymówek. To ja podjąłem decyzje, które do tego doprowadziły. I to ja muszę z tym żyć – podkreśla.

Więzienie – jak mówi – nie jest końcem historii. Jest tylko jej kolejnym etapem.

– Najłatwiej jest tam, gdzie ktoś mówi ci, co masz robić. Prawdziwy problem zaczyna się po wyjściu – przyznaje.

Powrót do rzeczywistości okazuje się trudniejszy niż sama odsiadka. Nie przez warunki, ale przez ciężar świadomości.

– Strach przed ludźmi, przed ich spojrzeniami, przed tym, co wiedzą albo co myślą. I przede wszystkim – przed samym sobą – mówi.

Najmocniejsze fragmenty rozmowy dotyczą winy. Tego, co zostaje – niezależnie od czasu.

– Są rzeczy, których nie da się naprawić. Możesz próbować, możesz się zmieniać, ale tego jednego faktu nie wymażesz – przyznaje.

To nie jest próba usprawiedliwienia. To raczej próba nazwania rzeczy po imieniu.

– Zniszczyłem nie tylko swoje życie. I z tym się budzisz każdego dnia – mówi.

Powrót jest możliwy?

Dziś ta historia wchodzi w nowy etap. Wyrok został odbyty. Formalnie kara się zakończyła. Ale – jak sam podkreśla – konsekwencje nie znikają wraz z opuszczeniem murów zakładu karnego. To moment, w którym trzeba zbudować życie od nowa. Bez dawnego zaplecza, bez zaufania, bez pozycji, którą kiedyś miał. A przecież był kimś. Cenionym DJ-em, rozpoznawalnym w całej Polsce, zapraszanym na największe wydarzenia, funkcjonującym w środowisku, które daje zarówno możliwości, jak i ogromne pokusy.

Dziś wraca do muzyki. Tworzy od nowa. Inaczej – spokojniej, z większą świadomością, z doświadczeniem, które zmienia wszystko. Pytanie, które pozostaje otwarte, nie dotyczy już tylko kariery. Czy możliwy jest powrót na szczyt? A może ważniejsze jest coś innego – czy możliwe jest funkcjonowanie w świecie, który pamięta?

On sam nie daje jednoznacznej odpowiedzi.

– Nie wiem, czy wrócę tam, gdzie byłem. Może nie powinienem. Ale wiem, że chcę robić muzykę. Bo to jedyne, co zostało i co ma jeszcze sens – mówi.

To historia bez prostego zakończenia. I być może właśnie dlatego tak ważna.

Popularne Artykuły