Na Międzyodrzu nie ma fabryk, nie ma żeglugi, nie ma kolejki barek z polskimi produktami, nie ma nawet sensownej strategii rozwoju. A jednak prezydent Nawrocki z dumą zawetował ustawę o powołaniu parku narodowego, przekonując, że „uratował lokalną gospodarkę przed zablokowaniem”. Tylko że tej gospodarki… po prostu nie ma. To tak, jakby w obronie przed wyimaginowanym potopem budować arkę na pustyni.
Od lat słyszymy, że park narodowy miałby zabić rozwój regionu. Że zablokuje inwestycje, że odbierze ludziom pracę. Tyle że przez te wszystkie lata, gdy żadnego parku jeszcze nie było, inwestycje też się nie pojawiły. Miedzyodrze – mimo że jest przyrodniczym skarbem rangi europejskiej – wciąż czeka na swój gospodarczy impuls. Czeka i popada w coraz większą degradację.
Mówiąc o tym, nie można zapomnieć, że w Gryfinie, które z dumą odrzucało udział w projekcie parku, panuje gospodarcza stagnacja. To jedna z najsłabiej inwestujących gmin w regionie, pogrążona w bezruchu i braku wizji. Argument o „blokowaniu inwestycji” brzmi tu jak żart – nikt nie może zablokować czegoś, czego i tak nie ma. To tak, jakby narzekać, że park przeszkadza w budowie lotniska kosmicznego w Chojnie.

W retoryce polityków skrajnej prawicy Dolna Odra miała być nowym zagłębiem przemysłu, odrzańskim Ruhrgebietem. Problem w tym, że te sny o fabrykach i portach są równie realne jak pociąg widmo z „Stalkera”. Rzeczywistość jest znacznie bardziej przyziemna – na Międzyodrzu fabryk, stoczni czy też hut nie będzie. Zamiast przyznać, że to miejsce potrzebuje zupełnie innej ścieżki rozwoju – opartej na turystyce, rekreacji i mądrym wykorzystaniu przyrody – łatwiej było stworzyć bajkę o złym parku, który wszystko zablokuje.
Wystarczy spojrzeć na przykład z sąsiedztwa: Woliński Park Narodowy. W jego cieniu rosną Międzyzdroje, Wolin, Dziwnów. Turystyka kwitnie, inwestycje powstają, porty działają, żegluga nie stanęła w miejscu. Nikt nie mówi tam o „skansenie”, bo w skansenie – w przeciwieństwie do Doliny Odry – coś się dzieje.
Weto prezydenta nie uratowało więc gospodarki. Ono jedynie zakonserwowało bezczynność. Zamiast otworzyć region na rozwój oparty o jego największy kapitał – naturę – wybrano mit o przemysłowej potędze, która nigdy nie powstanie. Bo łatwiej sprzedać ludziom bajkę o wielkich fabrykach niż przyznać, że jedyną realną szansą Doliny Odry jest turystyka, edukacja, ekologia.
Zamiast tego jest głośny sprzeciw wobec wszystkiego, co pachnie zmianą. W mediach społecznościowych rozkwita lokalna grupa hejterów – samozwańczych „strażników gospodarki”, którzy każdą próbę rozmowy o ochronie przyrody, turystyce czy alternatywnym rozwoju zrównują z „ekoterroryzmem” i „niemiecką infiltracją”.

Hejterom nie przeszkadza zacofanie, gdy Drawno żegluje po sukcesie
Internet płonął od hejterskich komentarzy, często oderwanych od rzeczywistości i logiki. Ta histeryczna retoryka nie broni realnych interesów mieszkańców. Broni wygodnego status quo – sytuacji, w której nic się nie dzieje, bo to można wykorzystać politycznie.
Paradoks Międzyodrza polega na tym, że park narodowy w tym miejscu – zamiast zagrożenia – jest dziś jedynym możliwym impulsem rozwojowym, jaki region podgryfiński jeszcze ma. Współczesna ekonomia regionów opiera się na unikalności, na przyciąganiu turystów, grantów, edukacji, kultury, zrównoważonych inwestycji – czyli na tym wszystkim, czego w Gryfinie nie ma. Z punktu widzenia ekonomicznego, weto prezydenta nie ratuje lokalnej gospodarki – ono ją pogrzebuje przy oklaskach kilku lokalnych polityków. Park narodowy mógłby przyciągnąć miliony euro z funduszy środowiskowych, setki tysięcy turystów z Europy, nowe miejsca pracy w usługach i edukacji. Mógłby stać się marką, która wypromowałaby ten region na całym kontynencie.
Ci, którzy wychowali się w pobliżu Drawieńskiego Parku Narodowego, wiedzą doskonale, co by się stało, gdyby go nie było. Dziś małe Drawno dysponuje infrastrukturą turystyczną, której nie powstydziłoby się wiele większych gmin. W zestawieniu z Gryfino, Kołbaskowem czy Widuchową, Drawno jest o lata świetlne przed nimi w poziomie usług turystycznych. Obecność parku nie blokuje inwestycji – wręcz przeciwnie. Park stał się impulsem dla przedsiębiorczości: powstaje agroturystyka, wypożyczalnie kajaków, klimatyczne glampingi i lokalne wytwórnie ekologicznych produktów. Cała infrastruktura łączy rozrywkę z ochroną przyrody, edukacją ekologiczną i zachowaniem unikalnych gatunków roślin i zwierząt. To jest realny przykład, że ekologia i biznes mogą iść ręka w rękę, że ochrona przyrody nie jest wrogiem rozwoju, tylko jego sprzymierzeńcem.
Kontrast z Międzyodrzem (które ma większy potencjał niż Drawa) jest dramatyczny. Tam, gdzie władze i lokalne grupy lękają się parku jak ognia, nie powstaje nic – ani miejsca pracy, ani turystyczne inwestycje, ani choćby inicjatywy edukacyjne. To pokazuje, że argument o „blokowaniu inwestycji” przez park narodowy jest nie tylko fałszywy, ale wręcz śmieszny – tak długo, jak gminy nie mają odwagi, wizji i kompetencji, żadna inwestycja nie powstanie, niezależnie od ochrony przyrody.





