W Szkole Podstawowej im. Jana Brzechwy w Kłodzinie doszło do wypadku, który wywołał ogromne emocje wśród rodziców i lokalnej społeczności. Podczas zajęć wychowania fizycznego dziewczynka doznała złamania palca, a sposób, w jaki szkoła zareagowała na incydent, budzi poważne wątpliwości to, czy jej podopieczni są odpowiednio zaopiekowani.
Według relacji ojca dziewczynki, dziecko natychmiast po urazie zgłosiło ból nauczycielowi WF-u. Zamiast udzielenia pomocy, nauczyciel stwierdził, że dziewczynka przesadza i że „nic się nie stało”. Brakowało jakiejkolwiek interwencji medycznej – palec nie został opatrzony, a dziecko musiało uczestniczyć w kolejnych zajęciach lekcyjnych, wróciło do domu z pogłębiającym się urazem.
– Moja córka wróciła do domu, palec zaczął mocno puchnąć, a ból stawał się coraz silniejszy. Natychmiast pojechaliśmy na SOR, gdzie okazało się, że kość jest złamana – relacjonuje pan Jarosław, ojciec dziecka.
Jak podkreśla, nie zamierza odpuścić sprawy i planuje złożyć zawiadomienie do prokuratury. Jednocześnie sprawa zostanie zgłoszona do kuratorium oświaty, aby odpowiednie organy mogły wyjaśnić zaniedbania w placówce.
Ojciec dziewczynki krytykuje lokalną gminę za brak zapewnienia wysokich standardów bezpieczeństwa w szkołach.
– To nie jest pierwszy przypadek, w którym w placówkach edukacyjnych dzieci są pozostawione same sobie lub brak jest odpowiedniej reakcji dorosłych. Nie możemy pozwolić, aby takie sytuacje się powtarzały – mówi.
Kuriozalną okolicznością – według ojca dziewczynki – jest też brak opieki medycznej w szkole.
– Nie było pielęgniarki, a osobą odpowiedzialną za udzielenie pierwszej pomocy przedmedycznej w szkole jest ten nauczyciel, który zbagatelizował ewidentne złamanie – irytuje się pan Jarosław.
W tym przypadku skutki mogły być poważniejsze, gdyby uraz był bardziej skomplikowany. Nauczyciel bagatelizują sprawę mógł spowodować bardzo poważne konsekwencja zdrowotne dla dziecka.
Rodzic zwraca uwagę, że odpowiedzialność gminy za bezpieczeństwo uczniów nie może ograniczać się jedynie do formalnego zapewnienia funkcjonowania szkoły. Konieczne jest wdrożenie procedur, które gwarantują szybką reakcję w przypadku urazów.
– Nie odpuszczę tej sprawy. Każde dziecko w szkole powinno być chronione, a jego sygnały o bólu traktowane poważnie. Brak reakcji może prowadzić do poważnych konsekwencji, a to jest niedopuszczalne – dodaje ojciec dziewczynki.
To wydarzenie to nie tylko bolesna przygoda dla dziewczynki, ale także sygnał alarmowy dla szkoły i władz gminy. Pokazuje on, że bezpieczeństwo dzieci w placówkach edukacyjnych wymaga stałego nadzoru, odpowiedniego przygotowania kadry oraz sprawnie działających procedur w sytuacjach kryzysowych.
To nie jedyny przypadek w ostatnich dniach, kiedy szkole zarzucany jest brak realnych standardów bezpieczeństwa. Półtora tygodnia temu w filii przedszkolnej w Przelewicach, podlegających pod SP w Kłodzinie, pięcioletni chłopiec sam opuścił „Przedszkole przy Remizie”, został znaleziony po drugiej stronie wsi, dużo ponad kilometr od placówki. Został zauważony dopiero przez pracowników drogowych, którzy odwieźli go do domu. Sytuacja została zgłoszona na policję dopiero po interwencji mediów i po fali krytyki, jaka spadła na personel szkoły.
Po tamtej historii dyrektor placówki zapewniała nas, że:
– Wdrożyliśmy wszystkie procedury. To wszystko działo się szybko, kiedy byliśmy w drodze do przedszkola, chłopiec się odnalazł. Powtórzę, wszczęliśmy wszystkie przewidziane procedury. Nauczyciele odpowiedzialni za tę sytuację na pewno poniosą konsekwencje – zapewniała Anna Komada.
Dziś dyrektor ma kolejny problem do wyjaśnienia.
Pięciolatek sam wyszedł z przedszkola, znaleziono go na drugim końcu wsi. Skandal w Przelewicach





