„Dziś w Paragwaju została ostatecznie podpisana umowa Mercosur. Mimo wcześniejszego sprzeciwu m.in. Polski, Francji, Austrii, Irlandii i Węgier, a także wstrzymania się Belgii, Unia Europejska oraz kraje Mercosur podpisały w Asunción kompleksową umowę o partnerstwie” – komentuje szczecińska aktywistka, Alicja Bodlas. To decyzja, która natychmiast wywołała falę emocji — szczególnie wśród rolników, producentów żywności i tych, którzy od lat śledzą politykę bezpieczeństwa żywnościowego w Unii.
Alicja Bodlas — z wykształcenia lekarz weterynarii, od dawna obserwująca napięcia pomiędzy unijnymi deklaracjami a realnymi decyzjami politycznymi. Jak podkreśla, podpisanie umowy to kolejny dowód na to, że fundamenty europejskiej strategii żywnościowej zaczynają pękać.
– Decyzje, które zapadły, uważam za przejaw pewnego rodzaju schizofrenii systemu i sprzeczności, które nie mogą być pogodzone — ocenia Bodlas.
Podkreśl, że w 2020 roku Komisja Europejska przedstawiła strategię „Od pola do stołu” jako jedno z kluczowych działań Europejskiego Zielonego Ładu. Jej założenia brzmiały ambitnie: stworzyć system produkcji żywności bardziej zrównoważony, transparentny i bezpieczny — zarówno dla konsumentów, jak i dla środowiska.
W praktyce strategia miała oznaczać pełną kontrolę nad łańcuchem produkcji: od hodowli i żywienia zwierząt, przez standardy sanitarne w przetwórstwie, aż po handel i identyfikowalność produktów na półkach sklepowych. Zgodnie z tą ideą konsument miał dostawać produkt, którego pochodzenie da się sprawdzić, a jego jakość jest gwarantowana przez jednolite normy.
– Oznacza pełną kontrolę nad procesem produkcji zwierzęcej i bezpieczeństwem żywności, od hodowli po konsumenta — przypomina Alicja Bodlas.
Dla polskich producentów, według aktywistki, oznaczało to lata dostosowań: inwestycje w dobrostan zwierząt, modernizację gospodarstw, nowe standardy, kontrole, koszty i rosnące wymagania. Rynek miał jednak wynagradzać to, co europejskie: jakość, bezpieczeństwo i przewidywalność.
Mercosur: tanie produkty i ogromny problem kontroli
Podpisanie umowy z krajami Ameryki Południowej uruchamia zupełnie inną rzeczywistość. Według Alicji Bodlas kluczowy problem nie dotyczy jedynie konkurencji cenowej, ale przede wszystkim wiarygodności i możliwości egzekwowania standardów.
W przypadku importu mięsa, drobiu czy produktów mlecznych z krajów Mercosur pojawiają się poważne pytania: czy da się realnie zweryfikować warunki hodowli? Czy dobrostan zwierząt jest porównywalny z normami UE? Jak wygląda kwestia stosowania środków ochrony roślin, antybiotyków czy kontroli produkcji?
– Pestycydy? Antybiotyki? — pyta Bodlas, wskazując na ryzyko, że system identyfikowalności i kontroli, który Unia budowała latami, w przypadku importu z odległych rynków może okazać się fasadą.
I właśnie tutaj pojawia się największa sprzeczność: Unia z jednej strony podnosi poprzeczkę własnym producentom, a z drugiej otwiera rynek na produkty z miejsc, gdzie te same wymagania mogą być niższe, trudniejsze do udowodnienia albo po prostu nieegzekwowalne.
W dyskusji o rolnictwie i handlu często pada argument, że „rynek sam się ułoży”, a „konsument wybierze”. Ale Bodlas zwraca uwagę na coś innego: bezpieczeństwo żywnościowe to nie teoria, tylko doświadczenie kryzysu, które może wrócić szybciej, niż nam się wydaje.
– Mieszkając w Berlinie w największym szczycie pandemii koronawirusa, doświadczyłam sytuacji, gdzie niektóre półki w sklepach stały puste tygodniami — wspomina.
Wyjaśnia zjawisko określane w Niemczech jako Hamsterkäufe — „chomikowanie” zapasów, kiedy ludzie kupują więcej, bo nie są pewni jutra. Takie sytuacje pokazują, że bezpieczeństwo żywnościowe to nie abstrakcyjny termin z dokumentów Komisji Europejskiej. To twarda rzeczywistość kryzysu, logistyki, transportu i dostępności podstawowych produktów. A skoro świat wchodzi w 2026 rok w atmosferze niepokojów, konfliktów i napięć międzynarodowych, pytanie o własną produkcję staje się pytaniem strategicznym — nie ideologicznym.
– Czy właśnie teraz nie powinniśmy postawić na własną produkcję? Oczywiście, że powinniśmy i Polacy to rozumieją. Niestety zostaliśmy przegłosowani… — podkreśla Bodlas.
Największe ryzyko: upadek lokalnych producentów i utrata know-how
Umowa Mercosur nie oznacza, że polskie rolnictwo zniknie z dnia na dzień. Ale Bodlas ostrzega, że napływ tanich produktów może uruchomić proces wycofywania się krajowych podmiotów — zwłaszcza w tych branżach, gdzie marże są niskie, a koszty produkcji rosną.
– Napływ tanich produktów z krajów, gdzie siła robocza i hodowla są o wiele tańsze (…) mogą powodować wycofywanie się polskich podmiotów — zaznacza.
To nie jest tylko pytanie o to, czy dziś zapłacimy kilka złotych mniej. W tej układance stawką jest coś znacznie większego: wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie, nowoczesny sprzęt, łańcuch dostaw i cały system krajowej produkcji, który — raz utracony — może być trudny do odbudowania. Owszem, istnieją przewidziane „bezpieczniki cenowe”, ale wątpliwości pozostają. Jak długo będą działały? Czy będą skuteczne? Czy w ogóle wytrzymają presję rynku, lobby i kolejnych negocjacji?
W tej sytuacji Alicja Bodlas wskazuje na jedną rzecz, którą realnie da się zrobić tu i teraz — bez wielkich deklaracji i bez czekania na polityków: świadome wybory zakupowe.
– Dziś bardziej niż kiedykolwiek, świadome zakupy i dobór produktów w koszyku będą miały kluczowe znaczenie” — podkreśla. – Kupujmy z głową i miejmy trochę wyrozumiałości dla naszych specjalistów ds. żywności – dodaje.





